19 października 2018

Oddycham.



   Potok słów jest w mojej głowie, rodzi się z poczuciem samotności. Adrian śpi- przeziębiony. Zasnął bez kocham Cię i dobranoc. Ja pewnie będę się przekręcała z boku na bok, bo bez to jednak nie umiem. My zdrowe. Matki w końcu nie chorują, prawda? Nawet jak chorują, to i tak są zdrowe. Muszą, bo kto zbawi za nie cały świat?

   Gabrysia postawiła dziś swój pierwszy, samodzielny krok. Mnie wzruszył do łez jak moment, kiedy pojawiła się na świecie. Niewinna, nieznana, najpiękniejsza. Ten krok uświadomił mi jak mało mamy czasu. Jak bardzo jest na chwilę - ta (nie)moja córka. Niby moja, ale z poczuciem, że należy tylko do siebie. Że tak powinno być, nie inaczej. Poświęcam jej siebie. Daje swój czas, swoje myśli, swoje zmęczenie. Mleko na zawołanie, niezliczona ilość całusów, dumę i radość z najmniejszych osiągnięć. I dzielę ja sobie po kawałeczku, kocham tak mocno, że mocniej już chyba nie umiem. I przychodzi nowy dzień i okazuje się, że serce ma jeszcze więcej miejsca - już wiem, czym jest nieskończoność. Nie ma brzegu, płynie w mojej krwi, pulsuje cichym rytmem. Słucham jej serca - jedynej pewnej i boję się dnia rozłąki. Ale to jeszcze nie teraz.
   Czasem też mnie złości. Tak, że mam ochotę wyjść, uciec, wrócić za jakiś czas. I przychodzi myśl, że przecież jestem jej centrum świata, jedyną pewną, znaną i kochaną. Kto jak nie ja? Komu ma opowiedzieć, że boli? Że szczypie? Że swędzi? Że coś jest nie tak, jak być powinno, choć sama do końca nie wie, co to takiego. Kto ma jej pomóc rozwiązać zagadkę tego małego, 10 miesięcznego serca? Więc liczę do stu, do tysiąca, oddycham głęboko i tulę. Ulegam uśmiechom i myślę że kocham, O, jakże mocno kocham! 

Kolejna chwila zwątpienia.