19 kwietnia 2018

Tuli, luli, puli.


   Przepadłam. Zachłysnęłam się nową rolą. Bycie mamą mnie uskrzydla. Kocham, całuję, ściskam. Cały dzień. Od rana do wieczora. Kiedy śpi, kiedy je, uśmiecha się i płacze. Skóra do skóry. Zachwycam się. Promienieje. I zapadam coraz głębiej. Czasem pozwalam sobie na małe tęsknoty wychodząc z domu - na zakupy, na wesele, do teatru.
   Bywa, że mam dosyć. Jestem znudzona, zmęczona i niewyspana. I nie chce mi się już mówić. W ogóle. A tu trzeba - a-gu, a-uu, mama, baba, tata, eeee, beee, meee. No powiedz. A potem się uśmiecha. Czasem śmieje w głos (rozśmiesza ją Adrian). I znów zapadam się cała w miłość, macierzyństwo i spełnienie. A potem płacze, a ja nie wiem o co chodzi. I martwię się, i myślę. I czekam na ukojenie. Tulę w ramionach, szepczę do ucha, kołyszę i nucę. I nic! Serce pęka, czasem ogarnia mnie frustracja. Potrzebuję pomocy, a mąż w pracy. Czuję samotność. Ileż można rozmawiać o ptaszkach, zabawkach, kontrastach? Potrzebuję dorosłego mężczyzny. Bycia przytuloną, kochaną, obdarowaną. Daję z siebie sto procent, a nawet dwieście.
   Czasem uciekam pod prysznic. Albo do toalety. Coraz częściej w książki. Muszę nabrać dystansu, znowu poczuć się kobietą. A z tym jest trudno. Ciągle mama i mama. Ostrzegała mnie siostra. A ja chce być znowu żoną. I tylko żoną. Na jeden moment, nieco dłuższy. Zapominam jak to jest nie nasłuchiwać czy płacze, czy oddycha, czy przekręca na bok. Zapominam być tylko jego. Obydwoje nasłuchujemy bicia jej serca. Wtuleni, ale jednak odwróceni w stronę tej małej dobroci. Napominam siebie i nakazuję - jest on, korzystaj! Dziecko masz cały dzień, niekiedy do wykończenia.
   Więc rozmawiamy. Nie zaczyna się od więc. Może jednak przyda się plakat nad łóżkiem - "zawsze całuj mnie na dobranoc". Nie, nie ten. Całuje. "Zawsze mnie przytul, jak kiedyś. Długo. Bym wreszcie była pod opuszkami Twoich palców. I mów. Jak najwięcej mów. I daj mi mówić. O mnie. Nie o niej. O tym, co czuję". Pomyślę nad tym.
   Wpadłam w rutynę. Wstaję. Karmię. Przebieram. Mówię, rozśmieszam, czytam. Karmię. Przebieram. Usypiam. Mówię, mówię, mówię. I jestem wypalona. Noc znowu ciężka. Ale jest moim motorem napędowym, daje mi tyle szczęścia.
   Miałam jednak rację - miłość dzielimy na dwa. Mamy siebie przez godzinę rano, czasem dłużej, jak wstanie wcześnie, a ja nie zasnę. Wieczorem wraca do domu, posiedzimy chwilę i już trzeba kąpać małą. I znów zostaję sama. Karmię, karmię, karmię. I nasłuchuję - śpi już czy nie? Muszę zostać, bo zaraz się obudzi. Zamykam oczy. Tylko na chwilę. Zasypiam.   
   Mamy kryzys. Wiedziałam, że świat się zmieni. Nie spodziewałam się tak mocnego ciosu. Nie takiej karuzeli. Mieliśmy być silni razem. Jesteśmy - jako rodzice. My się gdzieś rozchodzimy, zostawiamy na "potem". Moje palce są zdziwione, gdy przytulam jego policzki. Nie wystarcza ręki. Gdy mnie zamyka w objęciu, czuję się dziwnie. Zamknięta, wypełniona po brzegi. Bywa, że nie umiem się odnaleźć+. A gdy mam ją przy sobie, jest jeszcze tyle przestrzeni. Umykamy sobie. Teraz i on zaczął to czuć, czyli jest naprawdę źle.
   Jest naszym największym szczęściem. Ale czasem, przychodzi taki moment, że chcę mieć więcej męża. Wracam do starych postów. Czytam. I przecieram oczy. Te uczucia dzielę na dwa, nie umiem ich w sobie odnaleźć. Gdy już łapiemy wspólną chwilę, Gabrysia robi coś, co każe nam odwrócić się w jej stronę. Kolacje i wspólne wyjścia nie rozwiązują sprawy. Myślimy o niej. Sprzyjają nam jazdy samochodem - jesteśmy zamknięci, nie ma ucieczki. Rozmawiamy. Brakuje mi nas. Tak bardzo, że strzela mi w sercu. I już marudzi, odkładam uczucia na bok. Jak długo tak damy radę? Kiedy małżeństwo upomni się o nas...?
   Kilka dni temu złapał mnie za rękę, gdy wyszliśmy na wieczorny spacer. Przeszedł mnie dreszcz. Poczułam się tak, jakby zrobił to po raz pierwszy. Nie sądziłam, że tak za tym tęskniłam. Że zapomniałam.