Moja mała wielka Miłość.
Cztery pełne dni to wystarczający okres czasu, by serce przyzwyczaiło się do czyjejś ciągłej obecności w naszym życiu. Wystarczająco długo, by potem szukać sobie miejsca w domu i tych dobrze znanych dźwięków w ogłuszającej ciszy. A także, by czuć każdy mięsień i odzwyczaić się od małych nałogów. Zbyt cicho, zbyt pusto, za mało chaotycznej idealności. Przyzwyczaiłam się, że myję ją przed snem, przebieram, ubieram, robię śniadanie i kolację. Do jej obecności w łóżku, głośnego śmiechu, ciągłego oglądania tej samej bajki na wideo, tupotu jej klapek na panelowej podłodze i mocnych uścisków, które prawie duszą... Leżąc przy Niej, miałam ochotę zobaczyć senne obrazy snujące się powoli na jej zamkniętych powiekach przyozdobionych ciemnymi rzęsami, które chroniły słodką tajemnicę. Rozsypane blond włosy na poduszce, malinowe usteczka, mały nosek i zarumienione policzki. Jej małe rączki wyciągnięte ufnie w moją stronę, pulchne nóżki proszące o "głaskania" i zimne stopy...