07 lutego 2020

* * *

Jestem z Gabrysią u moich rodziców. Pierwszy raz od dłuższego czasu spędzamy osobno noc. Od razu przypominają mi się dni, kiedy widywaliśmy się raz na tydzień lub raz na dwa tygodnie. 

Rozmawiamy przed snem na dobranoc, jak przed kilkoma laty i jedyne, co nie pozwala mi się w pełni cofnąć do tamtych dni, to dziecko śpiąca tuż obok. 

Kiedy nadchodzi moment pożegnania, wyznaję Adrianowi miłość i nagle przerywam podekscytowanym tonem:
- Adrian ? 
- No? 
- Do jutra.
Słyszę jak się śmieje tam, po drugiej stronie. Odległość już nie jest taka straszna jak kiedyś. 

Po całym tygodniu niewidzenia, niekochania i nie przytulania "do jutra" znaczyło więcej niż wszystkie wyznania miłości. Było obietnicą na przepiękne dwa dwa dni pełne siebie, westchnień, odwzajemnionych gestów, rozmów do nocy, spacerów i bycia, po prostu bycia. Bylo nadzieją na wypełnienie serca po brzegi- na każdy dzień. To nic, że zasoby kończyły się już we wtorek, bo zawsze na horyzoncie był ten piątek czy sobota, które zawsze zamykaliśmy klamrą tych sloskich słów.